Kategorie: Wszystkie | Humor | Kultura | Literacko | Tigeryk | codziennik
RSS
środa, 21 czerwca 2017
PUF

W kwietniu w Szczecinie odbył się konwent. Nieduży, jednodniowy, nazywał się Pałacowy Uniwersytet Fantastyczny.

Co może być ciekawego na takim lokalnym, jednodniowym konwencie? - pomyślałam.

O jak się miło rozczarowałam! Było wszystko, co być powinno. Był cosplay, były ciekawe prelekcje (na jedną nie mogłam pójść, czego żałuję do dziś), był blok gier planszowych, były warsztaty wyplatania i pisma gotyckiego.

Na warsztatach pisma gotyckiego byłam i dzięki Karolinie, która ma zapędy twórcze i prosty gotyk jej nie wystarczał, zaczęłam rysować (bo raczej nie możemy tu mówić o pisaniu) bardziej ozdobne litery, które bardziej wyglądały na witrażyki niż na alfabet. No chyba że chiński.

Poza tym - po raz pierwszy miałam swój wkład w konwent i poprowadziłam spotkanie autorskie.

Jakimś cudem udało się znaleźć pięciu szczecińskich autorów fantastyki, z czego na konwencie pojawiła się czwórka.

Kolega organizujący konwent poprosił mnie, bym poprowadziła jedno spotkanie. Zgodziłam się. Książkę dostałam z odpowiednim wyprzedzeniem, zaczęłam czytać i...

O Boże, na co ja się zgodziłam?! Toż to słabe takie, jak ameba. Wydane przez jakieś vanity press, z mnogością przecinków w miejscach nieodpowiednich, błędów ortograficznych... Stylistyka też miała w tym czasie urlop. Fabuła oklepana tak, że była już całkiem fioletowa od siniaków. Zamysły fabularne kompletnie bez sensu.

I co ja mam powiedzieć tej autorce? Bo najchętniej to bym zakazała jej publikowania i sięgnięcia po książki w stylu "Gdzie postawić przecinek?"

Organizatorka trochę się przestraszyła, gdy jej to wszystko powiedziałam. Razem ułożyłyśmy kilka pytań, kilka innych zdobyłam od znajomego, który spotkania autorskie kiepskich debiutantów nierzadko prowadził. Postanowiłam skupić się na najlepszych fragmentach.

Rozmowa potoczyła się szybko i o dziwo - łatwo. Pytania same się pchały, autorka odpowiadała chętnie i dużo. Po godzinie, która nie wiadomo kiedy minęła, organizatorka rzuciła się z gratulacjami i hasłem "Chcę panią częściej!"

Udało się.

Cały PUF się udał :-).

poniedziałek, 09 stycznia 2017
"Balladyna" i teatr elżbietanski

Tigeryk przerabia "Balladynę". W temat wgłębiamy się całą trójką.

- Ta "Balladyna" to taka bardzo szekspirowska była! Morderstwa, bitwy, walki na miecze, elementy fantastyczne, struktura... Widzowie teatru elżbietańskiego pokochaliby tę sztukę z miejsca!

Po chwili namysłu:

- Nie... nie mogłaby być wystawiana w Anglii elżbietańskiej. Siostra zabijająca siostrę dla władzy, torująca sobie drogę do korony morderstwami, na dodatek przy pomocy kochanka? Autor miałby ściętą głowę już po trzech pierwszych słowach!

sobota, 07 stycznia 2017
Herbata z rumem

M. wchodzi do pokoju z parującym kubkiem w ręku i błogością na obliczu.

- Co masz?

- Powąchaj... - podsuwa mi kubek pod nos.

Ostrożnie wącham.

- Herbata z cytryną?

- E tam! - denerwuje się M. - Spróbuj!

- Patrząc w twe zamglone oczka wnioskuję, że dodałeś do herbaty alkoholu.

Próbuję i faktycznie dodał alkohol. Aż mnie wstrząsnęło.

- I co? Nie czujesz rumu?

- Nie czuję herbaty!

- Oj tam... chlapnąłem tylko odrobinę!

- Herbaty - tak. Odrobinę do alkoholu!

 

 

Rok miniony
Dziś rozebraliśmy choinkę.
Ze świecidełek. Z igieł choinka rozebrała się sama, bez niczyjej pomocy. Bo prawdziwa była, dostarczona przez RMF i wystana cierpliwie przez M. Nie obyło się oczywiście bez przygód, gdyż zamiast małej, dostał dwumetrową choinkę, na której dodatkowo pękła siatka przytrzymująca gałęzie i M. musiał sprowadzić posiłki w mojej osobie. We dwójkę sobie poradziliśmy, po drodze wstępując do steakhouse'u. Pracownicy przymocowali nam choinkę do latarni i roweru linką i przygotowali przepyszne steki. Drogie, owszem, ale warte swej ceny.
Choinkę początkowo mieliśmy ubrać na niebiesko i srebrno, ale M., odwiedzając sporo mieszkań, stwierdził, że takie kolory pasują do ascetycznych, chłodnych wnętrz, a nie do radośnie żółtych ścian, w związku z czym ubraliśmy choinkę na złoto.
Ta wędrówka z choinką, mimo że zaczęła się awanturą i niechęcią z mojej strony (musiałam zwolnić się z pracy na resztę dnia) była jedną z rzeczy minionego roku, którą mile wspominam.
Bo zeszły rok okazał się niezapomniany. Najlepszy w moim życiu. Przez wiele dużych i małych spraw, które złożyły się na 365 dni.
Uświadomił mi, że szczęście to małe rzeczy, ulotne chwile które rzutują na większą rzecz, zaćmiewając te mniej przyjemne rzeczy i chwile. I że warto notować nawet drobne rzeczy, jak tematy rozmów z M., które zawsze wychodzą spontanicznie. Gdy stoimy na przejściu czekając na zielone i patrząc na niemal ogołocone z liści drzewa. Wychodzi z tego rozmowa na temat wyższości Caspara Friedricha nad Williamem Turnerem, by zejść na romantyzm angielski.
Ile razy chciałam, niby Faust wypowiedzieć magiczne "trwaj chwilo!". Ale bałam się, że skończę jak ów bohater...
Powoli będę opisywać sobie ten zeszły rok. mam nadzieję, ze ochoty starczy...
środa, 30 listopada 2016
Na progu zimy
Myśli wirują jak domek z kart porwany przez tornado. Rozsypują się, gubią. Umysł wiruje także. Nie jestem w stanie myśleć, umykają słowa które chcę powiedzieć, umykają czynności które chciałam wykonać.
Jakość mojej pracy kuleje, bo zapominam o drobiazgach. Próbuję skupić się na tym, co mam zrobić, niedużo - jeden, dwa kroki naprzód i... nie daję rady. Wir rwie jedność myśli na strzępy, pozostają pojedyncze słowa albo litery, a czasem nawet nie zostaje wrażenie, że coś miałam zrobić.
Tak wygląda moje Hashimoto na progu zimy.
środa, 20 kwietnia 2016
Bohater literacki

Zostałam bohaterem literackim.

Przypadkiem oczywiście.

Któregoś dnia na facebooku Marcin Przybyłek ogłosił nabór do swojej najnowszej książki. Jak ktoś chce się pojawić na kartach powieści, to proszę bardzo - wpisywać się na stronę. Krótka charakterystyka postaci, żeby autor miał jako-takie wyobrażenie (a także, jak myślę, żeby nie było potem pretensji) i być może autor wybierze właśnie ciebie.

Wpisałam się, stwierdziłam, że właściwie to postać wymyśliłam kompletnie taką sobie, a trudno, przynajmniej nikt nie powie, że nie próbowałam.

I jakiś czas temu Przybyłek ogłosił zakończenie pisania i szokującą wiadomość, że zdołał umieścić wszystkich chętnych.

Wszystkich! Czyli mnie też! Normalnie nie mogłam uwierzyć! Okazuje się dodatkowo, że wcale nie muszę być postacią epizodyczną, gdyż prócz imienia i nazwiska posiadam własny pseudonim i miejsce zamieszkania. To może chociaż pół rozdziału, zanim postać zginie mniej lub bardziej spektakularnie?

Doczekać się nie mogę!

A tak nawiasem - to dobry chwyt marketingowy. W końcu każdy bohater będzie chciał mieć książkę, w której występuje, c'nie?

I - drugim nawiasem - dobry pomysł na pomysł. Autor czyta sobie opisy postaci, nie musi się wysilać, a bardzo prawdopodobne, że podczas czytania dużo pomysłów na przygody się pojawia. 

poniedziałek, 21 marca 2016
Zamęt

Niepokój, roztargnienie.

W głowie chaos. Pozorny, gdyż na czoło peletonu wysuwają się dwa tematy wokół których krążą myśli: wilkołak i zombie. Jeden i drugi niezwykle absorbujący. Budzę się i rozmyślam na techniką taktyk bojowych w Wilkołaku i jak je wykorzystać. Gdy zasypiam rozkminiam meandry dyplomacji i konspiracji, w jakie muszę się zapuścić. W międzyczasie bardziej przyziemne sprawy - zorganizować sesję tak, by wszystkim siedmiu osobom (pracującym i z wieloma innymi zainteresowaniami) pasowało. Dopilnować, by pogłaskać jednego i drugą, dopytać, zainteresować. Uczulić Mistrza Gry na kilka drobiazgów, przypomnieć fakty, uspokoić...

A potem umysł opanowują zombie. Układam w głowie plan hotelu i gdzie się umarlaki pojawią. Rozgryzam najnowszy odcinek TWD w kontekście społecznym i popełnionych idiotyzmów. Rozkładam na czynniki pierwsze informacje wyczytane w "Narodzinach Gubernatora" i dołączam je do wniosków wysnutych z innych przeczytanych pozycji o zombie.

W świetle powyższych zajęć umysłowych czytanie "Marzenia Celta" kompletnie mi nie idzie. Brak punktu zaczepienia z interesującymi mnie tematami powoduje, że najchętniej bym książkę odłożyła na kiedy indziej.

Ale mam termin. Książkę należy przeczytać na 3 kwietnia. Czeka też druga lektura, może i niedługa, ale naprawdę nie interesują mnie "Zwierzenia jeżozwierza" jakiegoś afrykańskiego autora.

Problem z asertywnością u mnie wprawdziw wygląda o niebo lepiej, ale na pewno nie gdy idzie o książki. Nie potrafię odmówić, gdy mi się podsuwa cokolwiek, gdyż zainteresowana jestem. Chociaż mogłabym przeczytać kiedy indziej, wrzucić do schowka na Biblionetce by nie zapomnieć i...

I odłożyć na bardzo nieokreślone kiedyś. Od czasu do czasu przetrzepuję schowek i znajduję książki, które leżą tam po kilka, a nawet kilkanaście lat.


sobota, 27 lutego 2016
Chwile ulotne
Czasami w radio usłyszę zespół Kombi, albo "Andzię" czy Wham! i coś drga we mnie, uśpione wspomnienie, które pod wpływem bodźca zewnętrznego próbuje się obudzić, ale jest zbyt głębokie i tylko wysyła słoneczny poblask.
Czuję to drgnienie i próbuję wyciągnąć to wspomnienie na wierzch. Odświeżyć, obmacać. Próbuję skojarzeniami - słońce, gitara, magnetofon? Nie, nie to, nie to, coś innego, blisko ale.
Dumam, dlaczego przy tych utworach, a nie przy innych, co je wyróżnia w mojej pamięci od innych przebojów z lat osiemdziesiątych?
Dzieciństwo.
Odpowiedź spłynęła nagle i wcale nieproszona. Nie trzeba było się wysilać i rozbijać na elementy, odwrotnie, trzeba było o sprawie pomyśleć całościowo.
Dzieciństwo.
Utwory nagrane na kasety magnetofonowe Stomil lub Superton od koleżanki, która przegrała je od kolegi, który...
Skąpane w słońcu wspomnienia, gdyż te najstarsze zawsze są słoneczne, w krainie dzieci deszcz nie pada, a jeśli nawet to jest doskonałą okazją do pobuszowania po zakamarkach domu by wdychać zapach kurzu i tajemnicy.
To drgają wspomnienia ulotne i nietrwałe, które nie zapisały się na żadnej stronie pamiętnika, gdyż wtedy najbardziej było istotne, że Kasia nie chciała mi pożyczyć zeszytu, a z Anią odprowadzałyśmy się wciąż i wciąż i chichotałyśmy jak głupie. I żadne ulotne wspomnienie, myśl subtelna i niuans nie zmąciły ostrej i nudnej relacji pamiętnikowej.
Nikt nie zwraca uwagi na słoneczne pocałunki...
poniedziałek, 22 lutego 2016
Babskie

M. bardzo często organizuje sobie spotkania. Najczęściej planszówki, ale też wypady na piwo z kumplami, bo dlaczego niby nie?

A ja, domownik zasiedziały, siedzę i albo się cieszę, że sobie idzie i mogę obejrzeć film, na który ja mam ochotę a o nie, albo marudzę, że wychodzi, a ja nie.

M. całkiem słusznie zauważa, że jeśli mam ochotę, zawsze mogę się ze znajomymi umówić. On się dostosuje.

To zrobiłam babskie. Takie sobie bez okazji - spotykamy się w gronie jednolitym płciowo i gadamy, pijemy i jemy. Et cetera.

Było przesympatycznie i słodko, bowiem J. przyniosła tort, a K. zadekowała się w kuchni i robiła gofry. Z bitą śmietaną.

Tematycznie też się jakoś dobrze zebrałyśmy, gdyż cztery z pięciu dziewczyn gra w RPG, a piąta zaczyna.

O czym rozmawiają dziewczyny na babskim? O systemach RPG, w tym przypadku głównie o Wilkołaku. I o facetach.

A potem faceci delikatnie się przysuwają do swoich kwiatuszków i delikatnie sondują, o czym rozmawiałyśmy na jego, jego konkretnie temat? 

Gorzej, że zazwyczaj nie pamiętam o czym ja mówiłam, pamiętam o czym mówią inne. Ale improwizuję, że och kochanie, same superlatywy, względnie prawdę, co często się jedno z drugim pokrywa, ale czasem nie.

Nie pamiętam, ponieważ A. sprytnie dolewa mi wina i jakoś zawsze mam pełny kieliszek. Też.

czwartek, 18 lutego 2016
Marazm
Wracam do domu i chcę, by już był wieczór. A nawet noc żeby była, pora ścielenia łóżka i nastawiania budzika na następny dzień. Żeby dzień się już skończył, po prostu skończył. Nie dlatego, że mam jakieś rzeczy do zrobienia i sama myśl o nich mogłaby wywoływać zmęczenie - nawet na przyjemności nie mam ochoty. Na żadne gry, kolorowanki, książki, filmy.
Zakopać się w łóżku i wstać kiedy ten stan minie. Przespać życie, bo sny są ciekawe i nie wymagają żadnego wysiłku z mojej strony.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Darmowy licznik odwiedzin