Kategorie: Wszystkie | Humor | Kultura | Literacko | Tigeryk | codziennik
RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010
"Gdy nie ma w domu dzieci..."
Pierwsze ferie w życiu mojego dziecka. Wyjechał na całe dwa tygodnie do dziadków.
Przez pierwsze dni odruchowo ściszaliśmy głosy i głośniki gdy nastawał wieczór. Śpię o całe pół godziny dłużej :-). Wracam do domu o normalnej porze 16:00 zamiast 19:00.
W weekendy zarywam noc, ponieważ Simsy strasznie wciągają. Albo mamy ekscytującą sesję RPG. Albo ktoś wpadnie na planszówkę lub zwyczajnie pogadać. Albo oglądamy sobie lekko już zleżałe filmy, nadrabiamy zaległości w czytaniu...
W międzyczasie przychodzą miażdżące wieści z dziadkowego frontu - młody co prawda nie nauczył się jeździć na łyżwach, ale za to dziadkowie kupili mu rybki! O żesz ty orzeszku...
Nie przyjmiemy rybek. Bardzo nam przykro, ale nie planowaliśmy takiego zakupu i uważam, że to bardzo nieuprzejme stawiać nas w takiej niezręcznej sytuacji. Bo teraz to my będziemy ci źli, co dziecku odbierają radość z posiadania żywego zwierza, prawda? Widocznie dziadkowie mieli dość odmów (w sprawie króliczka, chomika, kota i rybek (RYBEK!)) i jak zwykle chcieli mnie postawić przed faktem dokonanym.
Teoretycznie rybka to nie firanka, która też mimo moich protestów do mojego domu została przemycona, powieszona, "no i zobacz jak ładnie, przecież podoba ci się, prawda? Nie? Zdejmujesz?! No tak, ty nigdy nie miałaś dobrego smaku, bezguście totalne".
Ale rybki dostaną kategoryczny zakaz wstępu. Koniec.
Z frontu dochodziły też inne nowiny. Tigerykowi zniszczyły się okulary. Te wytrzymałe, dla dzieci, za 400 zł. Wrr... Aktualnie mamy 25 zł.
Niedziela, 11:00 (strasznie rano biorąc pod uwagę, że się położyliśmy o 6:00). Dziadek uprzejmie donosi, że babcia z wujaszkiem właśnie pojechali do miasta przeze mnie zamieszkałego i kto wie czy nie wpadnie z nagłą a niespodziewaną wizytą? Oglądam lekko nieprzytomna siebie w stroju Ewy i zaczynam czuć jak rośnie we mnie bunt. No jak to! Nawet głupiego telefonu nie miałoby być? "Tak dzwonię, bo wiesz, jak matka zobaczy że macie bałagan, to będzie narzekała przez następne pół roku" - spoglądam na stosy filiżanek od herbaty i kawy, szklanek do soku i szklanek do napojów gazowanych, pudełkach po pizzy, miskach po chipsach, rozrzuconych kartkach na stole, i bunt wzrasta do poziomu czerwonego.
A niech ich wszystkich gęś kopnie! A niech przyjeżdżają, może w końcu poczują się zażenowani, że tak bez uprzedzenia wpadli! Niech marudzą, ale na litość boską to mój dom, moje życie i nikt go za mnie przeżywać nie będzie!
I wtedy mi ulżyło. Chyba musiałam sama to sobie powiedzieć w odpowiednim momencie.
Ponieważ wciąż zapominam, że nie jestem już dziewczynką i że "córeczką" też jestem w o wiele mniejszym stopniu niż kilkanaście lat temu.



środa, 27 stycznia 2010
Zmęczenie materiału
Wiele osób twierdzi, że rodzice nie mają prawa być zmęczeni. Nie wiem, skąd im to przyszło do głowy, ale naprawdę tak twierdzą. Jakby w momencie narodzin następował jakiś niepojęty hokus-pokus i rodzice z krwi i kości nagle zamieniali się w zgrabne, funkcjonalne maszynki, działające 24/7. Wykonywujące wszelkie porządki domowe i obrządki wokół dziecka do lat osiemnastu z uśmiechem, przysiadem i hołubcami.
A ja jednak, wbrew opinii, zostałam człowiekiem i jestem zmęczona.
Od poniedziałku do piątku wstaję o 6:00 i kładę się o 24:00. Odprowadzam dziecko do szkoły, pilnuję, by się szybko przebrał, bo powolniak z niego, pracuję osiem godzin (ale, oczywiście, co to za praca - siedzisz sobie i stukasz w klawiaturę, jak możesz być zmęczona?!). No owszem, kopanie rowów to nie jest, ale mówią mi to osoby, które same spędzają osiem godzin za biurkiem! Ale ich praca jest oczywiście ważniejsza, bardziej odpowiedzialna i zresztą owe osoby "nigdy nie są zmęczone. Nigdy! A teraz przepraszam, położę się na chwilę".
Po pracy zamiast iść do domu idę na chór, na basen, i na jeszcze inne zajęcia pozalekcyjne. Tigeryk spędza czas aktywnie, ja siedzę na twardych ławkach w niezbyt ogrzewanym korytarzu, uderzając głową o gablotki zawieszone zbyt nisko, próbując zabić czas czytaniem, owijając się kożuchem, bo zimno, walcząc z chęcią położenia się na owej twardej ławce jak pierwszy lepszy bezdomny i zasnąć. Walczę z piaskiem pod powiekami, który przeszkadza w czytaniu, a jest efektem pracy przy komputerze.
Wracam do domu o 19:00 i najpierw trzeba wszystko z grubsza ogarnąć (na szczęście gotuje M., i on robi zakupy), następnie przypilnować dziecko przy odrabianiu lekcji, zrobić kolację, wykąpać, przypilnować by się ubrał w piżamę (bez pilnowania zajmuje mu to równo godzinę), a potem usiąść przed komputerem do pracy zleconej.
Teraz jedno mi odpadło, bo mam pracy zleconej nie ruszać, bowiem rektor, który stwierdził, że jemu (tak, jemu, zdanie innych się nie liczy!) biblioteka nie jest potrzebna, właśnie zastanawia się jaki jest sens retrokonwersji i dyrektorowi potrzebny jest cały tydzień, by mu wyjaśnić tak, żeby zrozumiał.
A jak nie zrozumie to 4700 zł przejdzie mi koło nosa. Tak po prostu, mimo że umowa podpisana i mimo tego, że już ową retrokonwersję zaczęłam.
I jeszcze paskudna pogoda. Możliwe, że byłaby nawet sympatyczna, gdyby się miało buty na podeszwie innej niż tekturowa, a wydaje mi się, że prócz glanów, adidasów i męskiego obuwia cała reszta takie właśnie ma.
Rozdrażnienie, zdenerwowanie, złość, apatia i zniechęcenie. Nagromadziło się tego na wskutek różnych wydarzeń i zamiast się redukować - nasila.
Dochodzą różne inne czynniki, drobne i drobniejsze. Teraz doprowadza do furii nawet okruch na dywanie. Nawet telefon.
Sylwester był huczny, kolorowy i w przebraniach. Pozostały balony, z których powoli schodzi powietrze, kilka płyt do wyrzucenia i szare oblicza zza masek.
wtorek, 29 grudnia 2009
Zimno?
Jesteśmy u rodziców M. Mężczyźni oglądają mecz piłki nożnej.
- Chwila! - zorientował się nagle M. - Chwila! Dlaczego liga włoska jeszcze gra? Przecież jest grudzień?!
- Faktycznie! Zapewne ze względu na grudniową pogodę założyli te krótkie spodenki - ironizuje brat.
- A ile śniegu napadało! - dołącza się ojciec.
W tym samym momencie kamera robi najazd na trybuny.
- I co? I co? Wszyscy noszą szaliki! Mówiłem że zimno! - tryumfuje M.
Tagi: humor
12:50, epilia , Humor
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
Ja się nie bawię!
Po (nieprzespanej) nocy M. wchodzi do pokoju Tigeryka.
- Wstajemy. Do szkoły... - entuzjazm wypadł jakoś blado.
Młody sennie spogląda na tatusia...
- Ale ja nie bawię się w zombi...
piątek, 02 października 2009
In English
Siedzę z Tigerykiem u optyka i czekamy na okulistę, coby młodemu oczka zbadał. Oprócz nas w salonie mnóstwo ludzi, między innymi dwie bardzo żwawe i dość głośne Hinduski.
Tigeryk gapi się w nie jak urzeczony (ładne bardzo były), w końcu panienki zauważyły młodego i rzuciły mu zalotne "Hello!"
- Hello! - odpowiedział Tigeryk radośnie.
Panny nieco się zdziwiły i dalej pytają:
- Do you speak English?
- No! - przeczy Tigeryk z lekkim przerażeniem dla pewności dając znaki dłonią na wypadek.
Dziewczyny zachichotały i wróciły do ojczystej swej mowy, a młody nadal przypatrywał się im z zachwytem. W końcu jedna została zaproszona na badanie bezinwazyjne, akurat aparat stał dwa kroki od nas.
Panna posłusznie poddawała się badaniom, a młody z ciekawości omal nie wprasował się w aparat usiłując podejrzeć jak wygląda badanie lub też jak wygląda panna na badaniach...
- Very good! - pochwalił po zakończonym badaniu mój kompletnie nie znający angielskiego potomek.
wtorek, 15 września 2009
Czy można?
Czy można nadrobić stracony czas? Zmieścić ponad dwa lata w kilku słowach, gestach, spotkaniach?
Czuję się jakbym wypłynęła na powierzchnię po wielu upiornych chwilach duszenia się. Teraz zaplątana, chcę mówić i nie wiem co, śmiać się bez powodu i z bardzo ważnego powodu, bo oddycham i jestem jak balonik. W sensie lekkości, nie kształtów.
Dotknąć, poczuć, że jestem, jesteś, jest, są, będziemy.
niedziela, 13 września 2009
Dieta
Dieta MŻ działa! Waga spada, spodnie zresztą też. Ze zwykłych dżinsów zrobił sę luźne biodrówki.
Ostatnio wpadłam na chwilkę do teściów i skorzystałam z okazji by się zważyć. Na wynik spojrzałam jak zwykle - z lekką niechęcią, bo zawsze pokazywał o dużo za dużo.
A tu... kurcze, prawie 9 kilo w dół!
Dziewięć!
A ja nadal w lustrze widzę najpierw brzuch a potem siebie. Ewentualnie, bo nie zawsze, czasem tylko tę wypukłość.
Teraz cieszę się, i jednocześnie zaczynam wpadać w paranoję. Żeby nie wrócić, nie utyć, tłuszcz ma odejść, nie wracać. Przyłapałam się na obracaniu w ręku pomidora i zastanawianiu się czy warto. Oj, to chyba nie początki anoreksji? Bo ja się przecież nie odchudzałam! W ciągu tego miesiąca (miesiąca!!!) najnormalniej w świecie ograniczyłam słodycze do kostki czekolady na dwa tygodnie (jeśli już, bo wcale mnie nie ciągnie), chleba nie jadam w ogóle, zamiast kanapek robię do pracy sałatkę i jem wafle ryżowe. No i prawie zero mięsa. Za to chipsów nie umiem odmówić ani pizzy. A chipsy są, gdy przychodzą goście, natomiast pizza jest, gdy ja w gości idę. Pomijając ważki fakt, że wmiędzyczasie było trzydniowe wesele z pyszną wyżerką. To co to za dieta?
Ale się cieszę jak idiotka!
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Koniec lata
Robi się chłodno. Nowe adidasy czekają aż zamarzną mi nogi i wtedy może je kupię.
Wrzesień. W pokoju Tigeryka po raz pierwszy w życiu tornister, piórnik, naklejki na zeszyty, całe szkolne wyposażenie.W szkołach jest zapewne inaczej niż za "moich czasów", co było tak dawno, że tylko ja pamiętam. Patrzę na biurko i strach mnie ściska. Irracjonalny, bo w końcu ile się nacieszyłam że się od szkoły oderwałam? Kwadransik zaledwie! A teraz znowu, chociaż z innej strony podchodzę, ale nie wiem czy to lepiej czy gorzej. Wtedy denerwowałam się za siebie, teraz będę za dwoje. M. się cieszy, że będzie z synem lekcje odrabiał.
Wróciłam na bw.
wtorek, 25 sierpnia 2009
"Obcy w obcym kraju"
Powieść wydana 1961 roku. A mimo to wciąż żyje, wciąż wzbudza kontrowersje, dyskusje, zachwyty. Jedna z pierwszych powieści ewidentnie fantastycznych, którą zauważyli krytycy i która była czytana również przez ludzi spoza "getta fantastyki". Biblia hipisów.
Prawdopodobnie zaliczona do utopii, dlatego znalazła się na mojej liście lektur.
Mamy człowieka wychowanego przez Marsjan. Cudownie niewinnego w swoich poglądach, w dużej mierze naiwnego, wyznającego jedyne wartości jakie zna - czyli marsjańskie. Nie zna pojęcia pieniądza. Nie zna pojęcia własności, choćby to była szczoteczka do zębów. Kompletnie niezrozumiałe są mu kłamstwa, zdrady, wojny, oszustwa, żarty.
W pewnym sensie jest gorszy od dziecka. Dziecko można nauczyć wszystkich wyżej wymienionych rzeczy, gdyż dziecko jest primo tabula rasa a secundo - dziecko wychowuje się wśród ludzi. W przypadku Mike'a mamy tablicę zapisaną przez Marsjan.
Obszerna, licząca ponad 600 stron powieść jest bardzo nierówna. Pierwsza połowa, gdy Mike odkrywa świat ludzi, gdzie mamy przeróżne perypetie jak ochronić tego niewinnego chłopca przed chciwymi zakusami, ciekawością, kiedy w zaciszu posiadłości ekscentrycznego Jubala próbuje sobie przyswoić ziemskie fakty - jest niezwykle wartka, wciągająca, z humorem roztropnie dawkowanym, podobnie jak roztropnie dawkowana są poglądy na świat.
Druga połowa zaczyna być nużąca. Mike nagle dorósł - i jest to jak uderzenie pięścią. Nagle. Opuszcza dom i zaczyna żyć na własną rękę. Zaczyna się pewna - moim zdaniem dziwna - fascynacja rytuałem wody (który to rytuał zastępuje na Marsie seks, lub jest silniejszym niż ludzie są w stanie wyobrazić braterstwem krwi). Zaczyna to wyglądać napuszenie, sztucznie. Mike i jego towarzyszka odrzucają wszelkie konwenanse dotyczące seksualnego tabu. Przyjmują gości nago, chętnie się z tymi gości dzielą swoim partnerem. Ich najlepsza przyjaciółka jest fanatyczką religijną, który to fanatyzm przerzuciła na Mike'a - cokolwiek powie, jest prawdą jedyną, wieczną, nie podlegającą żadnej dyskusji. Później jest jeszcze gorzej - Mike zakłada kościół, gdzie głoszona jest wolna miłość, ubranie jest zbędne, wciąż te same rytuały dzielenia się wodą, tu jedynie, w jego "kościele" jest miejsce na prawdziwą szczęśliwość w przeciwieństwie do reszty świata. Wałkowanie tematu wciąż od nowa i po staremu zaczyna drażnić. Poza tym - przyjmuję punkt widzenia jednego z bohaterów, Bena. Nie podoba mi się owa prawdziwa szczęśliwość polegająca na nieustannej wymianie partnerów, spółkowaniu na oczach innych ludzi czy wręcz orgii z okazji rytuału dzielenia się wodą. Może jestem pruderyjna, może tkwię w okowach wychowania i wymogów społeczeństwa, ale wciąż mnie zastanawia, dlaczego ktoś, kto chce przekonać ludzkość, by zmądrzała, zaczyna od łamania jednego z silniejszych tabu ludzkości - tabu seksu. No nie wiem, dla mnie to próba zlikwidowania kolonii mrówek za pomocą bomby nuklearnej.
Nie można było zacząć od kursów samodyscypliny, która potraktowana jest o wiele bardziej marginalnie niż na to zasługuje? Nie. Trzeba było nadepnąć ludzkości na odcisk, stwierdzić, że to, co robili przez tysiące lat jest głupie, nieistotne i należy postępować inaczej.
Postacią, którą polubiłam od razu był Jubal - ekscentryk do kwadratu, pieniacz o złotym sercu, filozof, doktor nauk medycznych, prawnik, cynik. Jednakże ten człowiek właśnie potrafi, mimo swej niechęci do np religii, spojrzeć na sprawę obiektywnie, odrzucając własne przekonania (na tę chwilę). Bardzo mi to imponuje.
Ogólnie, jak na tak okrzyczaną książkę - zawiodłam się.

sobota, 22 sierpnia 2009
Psychoteka
- Co my robiliśmy w weekend dwa tygodnie temu? - spytał M. wczoraj w nocy.
- Nie pamiętam... - wymruczałam do poduszki.
M. jednak to nie wystarczyło.
- W ten weekend byliśmy na weselu, ale co wcześniej? - łamał sobie głowę. Olśnienie przyszło dopiero dziś rano, gdy zajrzał mi przez ramię, kiedy przerzucałam na photobucket zdjecia z Wolina.
- Na Wolinie byliśmy! - zakrzyknął zachwycony (własnym odkryciem) - Dwa tygodnie temu!
Coś mi się nie zgadzało, ale nie wiedziałam co. W końcu sobie przypomniałam.
- Dwa tygodnie temu byliśmy na panieńsko-kawalerskim i na Festiwalu Fajerwerków. W sobotę. W niedzielę graliścię w Grę o Tron.
- To kiedy byliśmy na Wolinie?
- Trzy tygodnie temu. W sobotę. A w niedzielę graliśmy w Delta Green.
- Cztery tygodnie temu był grill, a ty w niedziele miałaś Cthulhu...
Pierwszy raz od pięciu tygodni mamy weekend dla siebie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12