Kategorie: Wszystkie | Humor | Kultura | Literacko | Tigeryk | codziennik
RSS
środa, 23 listopada 2011
Z życia Tygrysa

Spotykam się z koleżanką, którą dotychczas znałam wyłącznie on-line. Na spotkanie przybywam z Tigerykiem oczywiście.

Koleżanka podpytuje młodego, czy zna innych Eryków w jego wieku.

- Nie... - kręci głową - Ale znam króla Eryka! - informacja ta, zdobyta na ostatniej wyprawie do muzeum, zafascynowała dziecko bez reszty.

- Niezłe masz znajomości... - stwierdziła nieco melancholijnie Kasia ;-).

-------------------------------------------------------------

Z cyklu "Kim będę jak dorosnę" znalezione w zeszycie: 

"Będę magikiem. Będę jeździł lekkimi latającymi samochodami. Ożywię wszystkie dinozaury. Sprawię, że na innych planetach będzie życie."

------------------------------------------------------------

"Co widzę za moim oknem" - praca domowa:

"Za oknem widzę cztery czerwone światełka. Widzę ciemność, bo jest noc. Patrzę, patrzę, patrzę i nadal nie widzę gwiazd ani księżyca, a przecież jest noc!"

No bardzo dosłownie wziął czas akcji :-).

---------------------------------------------------------

- Dzień dobry! - dziarsko wkracza do biblioteki Pałacu Młodzieży - Moja mama zajęła TU pierwsze miejsce w konkursie i przyszliśmy odebrać nagrodę!

P.S. Książka, którą wygrałam dla młodego, nosi uroczy tytuł "O królewnie, która chciała jeździć koparką".

czwartek, 08 września 2011
Las
W pracy mam remont, co zaowocowało bardzo niekorzystnymi warunkami. Hałas budowlany, ludzie przeniesieni ze swoich biur do jednego pomieszczenia jakoś nie potrafią się dostosować - cały czas śmiechy, paplanina, radio jedno, drugie, trzecie...
Jako osoba, która najbardziej lubi pracować w ciszy, przeżywałam katusze. Koniec końców wylądowałam na zwolnieniu lekarskim z powodu stresu.
M. bardzo się przejął i zaczął wieczorkiem budować klimat. Nastawił stację z odgłosami natury i zajął się kominkiem zapachowym o zapachu świerku.
- Widzisz, poczujesz się jak w prawdziwym lesie... Ptaki śpiewają, igliwie pachnie, ja robię za jelenia... Normalnie full wypas!
niedziela, 17 lipca 2011
Życie po japońsku
Przeczytałam w "Życiu po japońsku" Janiny Rubach-Kuczewskiej:
Wymagania od kandydatki na żonę na wyspie Hokkaido: muszą być chętne do ciężkiej pracy w domu i na roli, co dzień gotować i robić mężowi kąpiel. Konieczna chęć posiadania licznego potomstwa oraz szacunek i posłuszeństwo wobec teściowej. Pożądane zamiłowanie do długich ostrych zim i życia z daleka od miasta.

Rozumiem, że w Japonii jest inny sposób bycia i myślenia, ale takie wymagania chyba raczej odstraszają potencjalne kandydatki, skoro kawalerów bez panny na Hokaido zrobiło się nagle 80 tysięcy...
Tagi: Japonia
15:55, epilia , Humor
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2011
Szczęśliwa

- Co to za dziwny zespół jakiś? - zapytałam lekko rozdrażniona wylewającą się z radia tandetą "Boso".

- No przecież "Zakopower"! Nie znasz? - zdziwił się M. 

- Nie.

- Aleś ty szczęśliwa, że dopiero teraz ich usłyszałaś! Tyle lat w błogiej nieświadomości!

środa, 06 lipca 2011
Mrzeżyno

Ostatni rok wypompował mnie psychicznie.

Najbardziej chyba dały mi w kość przygotowania komunijne. Niby nic, ale codziennie wracałam do domu o 18-19. Bo spotkanie dzieci komunijnych, w których to spotkaniach uczestniczyłam i nerwy mnie zżerały na jedną głupią katechetkę. Bo spotkanie rodziców dzieci komunijnych. Bo roraty, bo zaduszki, bo adwent, bo majowe. Prócz tego basen, który trzeba było ustawiać tak, by nie kolidował z w/w spotkaniami. Wracało się późno, i jeszcze przyplinowanie lekcji, pranko, sprzątanko, praca zlecona...

W weekendy zazwyczaj jechaliśmy do teściów, a wizyty te nie bardzo mnie odprężają. 

Do tego w pracy doszedł remont naszych pomieszczeń. Oznajmiono nam to dosłownie z dnia na dzień i kazano się przenieść do innego, tymczasowego lokum. W tymczasowe lokum pracuje 17 osób. Jest sześć telefonów (służbowych, prywatnych zapewne jest siedemnaście). Dwa radia - jeden ustawiony na Zet, drugi na Trójkę. Komputerów więcej niż osób, jeden czytnik kodów kreskowych, fax, skaner... Wszystko to powoduje drażniący szum, którego nie da się wyeliminować.

I jak na złość teraz właśnie napływają do mnie książki po szwedzku, fińsku, francusku tudzież w niemieckim gotyku! Które muszę rozszyfrować, przetłumaczyć, dowiedzieć się o czym i dlaczego. Które wymagają uwagi i koncentracji. A google nie odpowiada mi na pytanie kiedy i gdzie żyła rodzina Motte i co robiła.

Pragnęłam spokoju. Takiego prawdziwego - wyjazdu w odludne miejsce na tydzień. Bez niczego - żadnej telewizji, radia, internetu, komputeru, nawet nad zabraniem książki się zastanawiałam! Chciałam mieć siebie na własność, pomyśleć, uporządkować, znaleźć siebie.

Nie ma takiej opcji. Tigeryk co prawda wyjechał do dziadków, M. właściwie też nie przeszkadza, ale przecież to nie to! Trzeba zmienić otoczenie, chciałam posiedzieć na plaży o świcie patrząc na fale. Ewentualnie na ławeczce przed chatką z widokiem na górskie szczyty z szumiącymi jodłami.

Toteż z radością przyjęłam zaproszenie od znajomych na weekendowy wyjazd nad morze. "A bo tam mama ma domek" - Tash zapraszała nas już od ładnych kilku lat, ale jakoś nigdy wyjazd nie wypalił.

"Domek" to dość szerokie pojęcie, zwłąszcza u Tash :-). Przygotowaliśmy się więc na wyjazd typu camping.

Podjechaliśmy pod dwupiętrową willę ze ślicznym ogródeczkiem kwiatowym. "Tu jest tak jakby luksusowo" - cisnął mi się na usta cytat z "Galimatiasu". 

Mama Tash zbiera mleczniki. W kuchni zajmują całą ścianę, górne półki i wieszaki. Na strychu (tam spaliśmy) trzymała swoją kolekcję świnek skarbonek i świeczników. 

Było cudownie. Nawet mimo deszczu. Leżąc na strychu wsłuchiwałam się w deszcz bębniący o szyby i dach i odpływało ze mnie nagromadzone zdenerwowanie. Pojechaliśmy na zawody konne, gdyż Tash jest zapaloną miłośniczką koni (podobnie jak jej rodzice). Tłumaczyła nam czym się różnią poszczególne kategorie zawodów, i inne tajemnice tego hobby. Siedzieliśmy pod daszkiem obserwując zgrabne konie i ich zmagania z przeszkodami. M. został fanem Alfreda, który skakał z niezwykłą gracją i lekkością. Inny koń zatrzymywał się przed przeszkodą, a potem skakał. Jeszcze inny robił najpier dwa-trzy małe "skoczki" zanim pokonał przeszkodę. Inny znowu stwierdził w połowie zawodów, że swoje już wyskakał. Czas mijał jak z bicza strzelił. Po zawodach, jako że się przejaśniło, wdrapaliśmy się na wieżę kościoła w Trzebiatowie. Jedna z najwyższych w Europie, z trzema dzwonami. Wdrapać się było trochę trudno, kręcone schodki w najszerszym miejscu miały szerokość tak na pół stopy.

Procz tego długie, leniwe rozmowy, spacerowanie plażą, moczenie nóg w wodzie, siedzenie na piasku i oglądanie fal i mew wdychając zapach morza i sosnowego lasu. Mogłabym tam pojechać na miesiąc, ale i weekend wystarczył. Wiatr wywiał ze mnie większość negatywnych myśli i zmęczenia.



sobota, 25 czerwca 2011
Spotkanie autorskie
Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała cykl spotkań autorskich "Errata Literrata". Dowiedziałam się o nich przypadkiem, gdy buszując między regałami usłyszałam rozmowę starszej pani z bibliotekarką. Starsza pani na pierwsze spotkanie, z Olgą Tokarczuk poszła i wielce sobie chwaliła. Obiecywała też, że pójdzie na następne spotkania.
Zawstydziłam się, że ja, osoba w porównaniu do starszej pani dość młoda, rzadziej bywam na tego typu imprezach. I nie tylko ja, od wielu osób wysłuchuję, że "w ty mieście to kultura leży i kwiczy, nic się nie dzieje!". Dzieje się, tylko z tą ochotą nie tak jest, jak być powinno. A popyt reguluje podaż i jak nikt na spotkania nie przychodzi, to spotkania umierają śmiercią naturalną.
Poszłam więc na spotkanie. Akurat była Grochola. Z jej dorobku przeczytałam jedynie zbiór opowiadań "Upoważnienie do szczęścia" i obejrzałam "Nigdy w życiu". Jako taką orientację dzięki temu miałam.
Spotkanie było sympatyczne, a Grochola ujęła mnie swoim sposobem bycia. Bezpretensjonalna, co chwila zbaczała z tematu, by wtrącić jakąś dygresję, wszystko okraszone niewymuszonym humorem, ironią i lekką egzaltacją.
Wiele jej poglądów na życie pokrywało się z moimi, toteż wyszłam zupełnie oczarowana osobowością, na część Grocholi przeczytałam "Nigdy w życiu", następnie obejrzałam po raz drugi film i... zachwyt znacznie się ostudził :-). Bywa.
Jednakże jedno zapadło mi w pamięć. Zapytana, jak długo pisze swoje powieści, wyznała, że "Przegryźć dżdżownicę" napisała w półtora dnia. Oczywiście, dodała, korekta potem trwała trzy miesiące, bowiem Grochola tym się różni od grafomanów, że sprawdza to, co napisała.
I może coś w tym jest. Może faktycznie korekta i praca nad prostotą stylu (Henryk Sienkiewicz wychodzi ze swego gabinetu blady, z podkrążonym okiem... - Heniu, nad czym tak się męczysz? - Nad prostotą stylu!") to klucz do tego większego sukcesu? Że coś, co piszemy na gorąco, a potem z westchnieniem ulgi klikamy "wyślij" wcale nie musi być takie dobre, jak nam się zdaje? Wychodzą później straszydełka typu "Jennifer miała szesnaście lat i zeszła na śniadanie", czy innego rodzaju niekonsekwencje fabularne?
czwartek, 02 czerwca 2011
Pierścionek

Z pierścionkami miałam zawsze kłopot.

Oczywiście najmilej wspominam te "jarmarczne", nabywane u szmaciarza za butelkę. Oczywiście "złote" z kolorowym oczkiem, tandeta będąca szczytem marzeń ówczesnej dziewczynki. Niestety, szybko się wyginały lub najnormalniej w świecie gubiły. W szkole podstawowej mogłam sobie wybrać jeden ze sklepu - i przedstawione wzory były o wiele mniej ciekawe niż te od szmaciarza. Trzy podługowate oczka w rządku nie robiły na mnie wrażenia, toteż wybrałam wzór czarny-srebrny-czarny. Dopiero w domu uświadomiono mnie, że ów "srebrny" to po prostu miejsce, z którego wypadło czarne oczko... Jeszcze innym zahaczyłam o klamkę, a potem to już tylko przymierzałam i upewniałam się w twierdzeniu, że pierścionki nie są na moje grube paluchy. No i wzdychałam tęsknie.

Dwa dni temu weszłam do sklepu "Wszystko za 5 złotych", z zamiarem przymierzenia pierścionków, które zauważyłam na wystawie. Były spore, zasłaniające cały paliczek, więc nie wyglądały na moim palcu jak kwiatek w kożuchu, a poza tym kosztowały po 3, 50... Pamięć podsuwała mi bezczelnie obraz Phoebe z "Przyjaciół", która nosiła pierścionki na każdym palcu, a czasami po kilka na jednym - takie właśnie jak leżały przede mną. Niedrogie, sztuczne, masowe, ale mające swój urok.

Kupiłam. Jeden, całkiem przyjemny, noszę bez problemów i podoba mi się bardzo! 

Myślę o zakupie większej ilości. Niedługo wakacje, będzie można skorzystać z letniego szaleństwa. Może też broszki, może bransoletki? 


wtorek, 24 maja 2011
Dobre rady teściowej

Przed Komunią gorączkowe przygotowania. M. konsultuje się telefonicznie ze swoją mamą, w sprawie garnituru, kompletnie ignorując moje dobre rady. Teściowa radzi to samo, czyli użyć szczotki do ubrań.  

Po pięciu minutach znowu dzwoni:

- Tylko nie używaj szczotki do butów!!!

czwartek, 19 maja 2011
Komunia

Za trzy dni Tigeryk idzie do Pierwszej Komunii. 

Trochę się stresuję, aczkolwiek bynajmniej nie samą imprezą kościelną, a organizacją obiadu. Przeżyję, bo zawsze strach ma wielkie oczy.

Natomiast w związku z Komunią zauważyłam kilka ciekawych rzeczy.

Ludzie głupieją. No inaczej tego nie można nazwać. Słyszałam jak zamawiano sale na półtora roku wcześniej. Jedna matka zastanawiała się, czy zrobić imprezę w Tarzanii (park linowy) i czy zamówić klowna czy nie. Inna martwi się, że musi wziąć kredyt, bo koszty przyjęcia przypominają koszty wesela. No ja się nie dziwię, jeśli zaprasza się 80 osób... Myślę, że liczba gości wcale nie oznacza rodzinnego przywiązania, ale liczbę prezentów, adekwatną do ilości zaproszeń.

Nie mówiliśmy Tigerykowi o prezentach. I tak drogą okrężną dowiedział się, że będą, ale ma do tej sprawy stosunek doskonale obojętny. Tak samo będzie się cieszył z rolek, jak i z laptopa. Akurat to dostanie, aczkolwiek prezenty są pomysłem ofiarodawców, my w nic nie ingerowaliśmy. Dostanie też Biblię i zegarek. Mam nadzieję, że będzie mu służył równie wiernie jak mój.

Nerwowe telefony od matki i teściowej szybko się skończyły, gdy tylko usłyszały, że nie mamy zamiaru robić żadnej imprezy, tylko obiad, ciacho i już. W domu. Zaproszeni wyłącznie dziadkowie i rodzice chrzestni.


środa, 18 maja 2011
Z dzienniczka ucznia
"Eryk dotkliwie porysował sobie rękę długopisem."
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15