Tigeryk wylądował w szpitalu, na oddziale zakaźnym. Wysmarowany gencjaną wygląda jak ofiara ospy, w dodatku prawdziwej. Ma paskudną odmianę opryszczki. Już mu się goi, ale fioletowy będzie jeszcze długo. Wiem, bo przechodził ospę i też go gencjaną smarowałam. Niby wiem, że znajduje się pod fachową opieką, że się nie nudzi (telewizor na monety i Disney Channel), ale... Przychodzę wyczerpana. Jestem wyczerpana, psychicznie. Gdzieś w podświadomości siedzi obawa, że on tam sam, że może nie może zasnąć lub cokolwiek. Niby przychodzę tylko w odwiedziny, ale muszę dopilnować, żeby zjadł obiad zmielony na papkę, bo pęcherzyki pojawiły się też po wewnętrznej stronie policzków i jedzenie sprawia ból. Pić też tylko przez słomkę może, co go bardzo cieszy. Ale jeść nie chce i już. Szoruję go pod prysznicem, chociaż raz zrobiła to pielęgniarka. Smarowałam go również ową gencjaną. Próbuję zabawić rozmową, bo nie przyniosę na zakaźny żadnych gier czy książek, gdyż wiem, jak długo wirus może sobie między kartkami leżeć. Kupiłam mu książeczkę o katastrofach naturalnych i tłumaczę, jak wymawia się La Nina i dlaczego w Australii jest tak dużo pożarów. Umysł wciąż pracuje, ale tylko wokół jednego tematu. Myślę, że trzeba przynieść piżamę, gdzie można po kuracji oddać misia do prania, bo Tigeryk bez misia nie zaśnie. Że trzeba załadować psp, komórkę, pamiętać o telefonie do babci, koniecznie w szpitalu, żeby mogła z wnukiem porozmawiać. Bardzo głęboko ukryty strach przed oskarżeniem ze strony matki, że źle się dzieckiem w chorobie zajmuję i powinnam na wzór Cyganów tudzież Amerykanów rozbić się w szpitalu obozem. Nie mam siły sięgnąć po książkę, drażnią mnie źle ułożone zdania i niepotrzebne cudzysłowy w "Bogom nocy równi", drażni nieznajomość wymowy francuskich nazwisk, "Uczta dla wron" (z rekomendacją "prawdziwa uczta dla fanów fantasy!") leży rzucona w połowie. A ja mam jeszcze dwie recenzje do napisania! Kto w takim przypadku myśli o recenzjach? No, powiedzmy, że recenzja "Piątego dziecka" wydaje mi się dość prostą sprawą, ale do zrecenzowania "Ringu" przymierzam się od kilku miesięcy. I nijak te przymiarki nie wychodzą poza opis godny, by go posłać na tylną okładkę. Czekam na zwrot podatku, bo jak na razie mam na koncie 20 złotych, brak biletu miesięcznego (do szpitala podróż za 3 złote, a pogoda się popsuła i powrót zamiast być darmowy, też mnie kosztuje 3 zł) i 6 zł dziennie na rozrywkę dla chorego dziecka. Za oknem szaleją bzy, przekwitają kasztany, zaczyna kwitnąć czeremcha, a ja patrzę na to wszystko z bystrością krowy. Pierwsze dni szpitala były ciepłe. Szłam do domu przez park podziwiając tęczę na jeziorze, która jest zawsze, wywołana fontanną. Wszędzie zielono, ale na Różance róże jeszcze nie zakwitły. A szkoda, bo zapewne byłoby to miłe wytchnienie po... Ogólnie byłoby wytchnieniem. Siedzenie w ogrodzie z 1928 roku z książką wśród kwitnących róż wszelkiego rodzaju. Przy owym wiosennym rozpasaniu drażnią mnie wszelkie ślady ludzkiej głupoty i wandalizmu. Nie chcę oglądać śmieci, fekaliów i ruin.
W niedzielę rano telefon od teściowej uprzejmie zaproponował nam wyjście do teatru. Jako że lubimy chodzić do teatru, a prócz tego sztuka miała być zabawna, zostawiliśmy Tigeryka z wujkiem i pojechaliśmy do Teatru Polskiego.
Tytuł "Gazeta zawsze spada papierem do góry" był co najmniej dziwny. Niedorzeczny. No ale może w założeniu miał być zabawny.
Sztuka się rozpoczyna, trochę humoru jest, nie przeczę. Z szafy wychodzi gość bardzo podobny do Tyma. Trochę trudno się przyjrzeć dokładnie, siedzimy w odległym rzędzie, a poza tym Tym chyba starszy już jest...
Oczywiście pół sceny zasłania mi wysoki siwowłosy pan, tak że muszę ekwilibrystykę szyjną uprawiać, jak mi się aktorzy zbytnio po scenie rozlezą.
A na scenie coraz bardziej absurdalnie. Nieudlona policja krzyczy "dzień dobry" zamiast "do widzenia" czy "dobry wieczór". W nocy o północy do domu wpada biskup z prezesem banku, modelką, lekarzem i przedsiębiorcą pogrzebowym. Główny bohater oczy sobie rękawy w akwarium. tekst często przeplatany łaciną - niestety podwórkową.
Spadochroniarz, wieniec, rzeźba świętego, sprzątaczka rodem z PRLu...
Za dużo, pogmatwane, nie wiadomo co i po co i dlaczego.
Próbuję ułożyć myśli na przerwie, przy czym proponuję M., by zamienił się ze mną miejscami, żeby mi postawny pan widoku nie zasłaniał.
M. się zgadza, a pan siada sobie kompletnie z boku i nie zasłania już nikomu. Oczywiście.
Aktor wyglądający na Tyma Tymem się okazał, nawet sztukę napisał i wyreżyserował. Przestałam się dziwić absurdom, w końcu występował głównie w filmach absurdem podszytych. Jednakże w filmie absurd ów miał jakieś głębsze znaczenie, przesłanie, tu natomiast zebrał co się dało i rzucił jak górę śmieci. Możliwe, że chiał przemycić jakieś aluzje i głebsze znaczenia, ale nie bardzo mu wyszło.
Jednakże mogę się chwalić, że widziałam aktora z Misia na żywo :-).
Wczoraj dzięki M. odkryłam web.archive.com. I przestałam niemal istnieć dla świata (realnego), gdyż odnalazły się moje stare blogi, radosna twórczość mająca swe początki w 2004 roku, czyli na dzisiejsze standardy strasznie dawno!
Czytam, czytam, czytam i nadziwić się nie mogę, że tamte zapiski też robiłam ja. Pełne energii, pozytywnego myślenia i wiary, że zmienię świat. Oraz bezwględnej szczerości, totalnego ekshibicjonizmu.
Cóż, pamiętam w jaki sposób i dlaczego przestałam radośnie blogować i po kilku latach milczenia założyłam nowego bloga, w którym piszę sporadycznie i zachowawczo. Uraz pozostał, chociaż na dobrą sprawę jest mi teraz o wiele bardziej obojętne co sobie o mnie i moim blogu myślą inni.
Kiedyś blog to było coś. Faktycznie rodzaj pamiętnika, łaziło się po tych stronach godzinami, miało swoje ulubione i znienawidzone. Teraz blog ma niemal każdy, liczą się w milionach i kto by tam nadążył z przeglądaniem wszystkich. Zwłaszcza że są jeszcze portale społecznościowe, gdzie można razem pomilczeć i pogapić się na awatary znajomych. Gdyż akurat są on-line.
I mimo tej bliskości jesteśmy daleko od siebie. Taki facebook łagodzi nasze ewentualne wyrzuty sumienia, że nie utrzymujemy kontaktów. Utrzymujemy! Mamy siebie w znajomych na fb/n-k i razem lubimy piekielnych! I nie szkodzi, że do niektórych nie napisaliśmy słowa od lat, gdyż zdawkowe "Merry Christmas, dear fb friends!" opublikowane na własnej tablicy wcale kontaktem z konkretną osobą nie jest.
Jakoś wyjątkowo spokojnie przeżyłam tegoroczny konwent. Może dlatego, że zamiast pchać się do szkoły zdecydowaliśmy się jednak na nocleg w hostelu? Konwent grzecznie kończył się o drugiej w nocy i nie było możliwości siedzenia do rana nad planszą, jak to było w poprzednich latach (ale mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie czynny od 10:00 do 8:00. Rano).
Pierwszego dnia siłą przyzwyczajenia biegałam z prelekcji na prelekcję, drugiego dnia już lekko spasowałam. Obejrzałam sobie spokojnie wszystkie stoiska (i znowu będę uparcie grała w totka przy kumulacji, to czysty sadyzm wystawiać tyle interesujących rzeczy w jednym miejscu!), zajrzałam do games roomu, zagrałam w sesję Cold City (co utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój M. jest najlepszym MG z jakim dotychczas grałam. Zobaczymy co powiem jak zagram u Rzadka lub Skały :-)).
Po raz pierwszy na Pyrkonie pojawił się blok dziecięcy, co razem z nocowaniem w ludzkich (hostelowych) warunkach daje szansę na wyjazd razem z Tigerykiem.
Mówię więc dziecku że jest taka opcja, dokładnie nakreślam wszelkie opcje. Młody stwierdza, że bez problemu sobie zaśnie w pokoju sam. A co będzie na takim konwencie? Origami, malowanie twarzy, budowanie zamku, czytanie na głos... Mogę go też zabrać na prelekcję o dawnej medycynie. To znaczy? Pani będzie mówiła o obrzydliwych chorobach i pokazywała je na monitorze. Tygrys wniebowzięty chce jechać już i teraz. Nie ma to jak skuteczna propaganda :-). Na koniec zadaje pytanie, które zadaje sobie każdy konwentowicz dostający do łapki program: "Kiedy ja znajdę na to wszytsko czas?"
Miałam do załatwienia sprawę w jednej z filii biblioteki, w której pracuję. Jako że znajduje się na mojej codziennej trasie praca-dom, zajrzałam do niej z Tigerykiem.
- A gdzie kącik dla dzieci? - spytał młody tuż po wejściu.
- Nie ma...
Wzrok Tigeryka wybitnie pokazywał, co myśli o takiej bibliotece :-).
Dostałam książkę, przeglądam ją, a Tygrys konwersuje w najlepsze z panią bibliotekarz.
- Książki szukam - wyjaśnia. - "Baśnie" Andersena.
Pani bibliotekarz zaprowadziła go do katalogów, wyjaśniła o co z nimi chodzi, wyjęła szufladkę z literką "A", gdyż za wysoko była. Tygrys odszukał pana Andersena i jego baśnie, dostał do wypełnienia rewers, a potem dostąpił zaszczytu zanurkowania w czeluście magazynu, by upragnioną książkę wydobyć. Rewers z jego imieniem i nazwiskiem wylądował w specjalnej kieszonce.
Wziąć książkę z półki może każdy, ale wyszukać to ho ho ho! :-)
Nadszedł taki okres w moim życiu, że niestety bez makijażu nie powinnam się społeczeństwu pokazywać. Sobie też nie, ale na to nie ma wyjścia, pacykować się z zamkniętymi oczyma nie umiem, więc codziennie przeżywam poranny szok, spowodowany spojrzeniem w lustro.
Pacykować nie lubiłam się nigdy. A teraz muszę, żeby moja twarz nabrała jakichś ludzkich odcieni i jednolitego kolorytu, a nie była chorobliwie sinocętkowana.
Smaruję się myśląc, że niedługo wejdę w wiek, dzięki któremu z godnością będę mogła obnosić swoje starcze zmarszczki wzgardliwie plując na środki poprawiajace urodę, po czym bezwzględna pamięć daje mi szturchańca i przypomina, że kobiety w mej rodzinie, zarówno po mieczu jaki i po kądzieli gładkie są niczym polewane dzbany mniej więcej do osiemdziesiątki. Ftagn!
Trochę to niesprawiedliwe, bo młoda jestem duchem, a tu takie dno. Źle na mnie wyglądają rzemyczki, które kiedyś szpanersko robiły za bransoletki, nie mówiąc o pensjonarskich spódniczkach w kratkę, które może ubrać młoda cosplayówa, ale ja nie, gdyż moje ciało właśnie traci talię i nabiera tłuszczyku nie do zrzucenia w okolicach różnych.
A propos cosplaya - znowu się nie przygotowałam. Do Pyrkonu zostało ciut ponad miesiąc, raczej kiecki nie zdążę kazać uszyć/zamówić, gdyż akurat moje wyobrażenia o przebraniu na konwent oscylują wokół motywów średniowieczno-renesansowych, zwanych popularnie fantasy, a kiecka z tamtej epoki jaka jest, każdy wie. Bogata dość i pracochłonna. Opcjonalnie rozmyślałam o przebraniu się za Jabbę the Hutt, rozmiarami pasuję, ale kostium zapewne okazałby się cięższy i bardziej pracochłonny niż kiecka.
Problem z przebierankami konwentowymi polega również na organizacji. Największe zainteresowanie jest dnia pierwszego, gdy ludzie jeszcze nie wymięci spaniem na podłodze przez trzy godziny i myciem się w zimnej wodzie wyglądają jako tako. Ogólnie na konwent warto przyjść już w przebraniu, a gdzie ja mam się przebrać, ja się pytam? W przedziale pociągu, na dworcu? Przy czym musi być druga osoba, która mi ewentualny gorset ewentualnej kiecki zawiąże i zrobi odjazdowy makijaż, gdyż jak wspomniałam, pacykować się nie umiem. A przebranie konwentowe (nie cosplayowe!!) wymaga makijażu odważnego jak sen szalonego abstrakcjonisty. Względnie można ładnie się pomalować w gałązki, listki i inne winorośle, co jednakże wymaga albo wprawy, albo koleżanki z wprawą.
No trudno. Pojawię się w dżinsach i też będzie dobrze. I jak co roku obiecam sobie, że za rok, to ho ho! :-)
Pyrkonu nie mogę się doczekać, głównie ze względu na kupno "Tańca ze smokami" (cały cykl kupuję wyłącznie na konwentach), ale prelekcje, konkursy, planszówki i ogólnie radosna atmosfera zebrania się w jednym miejscu kilu tysięcy normalnych inaczej jest jak zastrzyk z niecodzienności.
O tym, że takie kluby istnieją, dowiedziałam się na stronie Miasta Słów. Przeglądam sobie - Warszawa, Katowice, Poznań, Gdańsk... A Szczecina nie ma.
Dlaczego?
W końcu w Szczecinie też się czyta, nie? Ale! Ale z doświadczenia wiem, że ludziom o wiele łatwiej jest złorzeczyć i marudzić, że "tu się nic nie dzieje, no nic dosłownie, zero czegokolwiek!" niż ruszyć szanowną i działać. Mało tego, łatwiej jest marudzić, że nic się nie dzieje, ale na pytanie kiedy ostatni raz byłaś (marudami okazały się kobiety) w filharmonii/teatrze/muzeum słyszałam niedomiennie "Ależ ja nie mam czasu! Ja mam dziecko!". No ok, a przynajmniej na jakiejś plenerowej imprezie? A skąd! Nie ma czasu, mam dziecko. Problem w tym, że dziecko na imprezie plenerowej bawi się świetnie. Gdyż zawsze jest specjalny dla dzieci program.
Jako że cokolwiek niezdecydowana i nieśmiała jestem (a cała moja butność to przykrywka, właśnie się wydało), to zastanawiałam się blisko miesiąc. Czy warto? Jakie za, jakie przeciw?
Ale, koniec końców zdecydowałam się i z dumnym tytułem "koordynatora Fundacji "Miasto Słów" na zachodniopomorskie" założyłam Szczeciński Klub z Kawą nad Książką.
Idea prosta jak promień słońca - wybieramy książkę, czytamy, a później spotykamy się w miłej kawiarence i omawiamy książkę i wrażenia. Pod koniec spotkania każdy proponuje książkę na następne spotkanie która jest wybierana albo drogą losowania, albo większością głosów i tak w kółko.
Wstęp wolny.
Oczywiście okazało się, że w teorii wygląda wszystko prosto. W praktyce znalezienie lokalu, który będzie niedrogi, niegłośny, pomieści do dziesięciu osób bez kompletnej reorganizacji pomieszczenia, ma szerki wybór w menu oraz będzie czynny, przykładowo w niedzielę okazało się niemal niemożliwe. Z ratunkiem przychodzą herbaciarnie, które spełniają przynajmniej cztery wymagania. Nie są czynne w niedziele.
Pozycja na następne spotkanie jest proponowana na początku spotkania, gdyż co niektórzy nie mogą się doczekać, marudząc jak dziecko podczas wieczerzy wigilijnej, bo chciałoby już otworzyć prezenty, a tu dopiero barszczyk...
Pozycje omawiane też odstają trochę od tego, co zazwyczaj proponują Kluby z innych miast. Jest postapokalipsa, jest i Haszek, i Pamuk, teraz będziemy omawiać "Ring" Koji Suzuki (Suzukiego?), a w marcu "Front Wschodni" Degrelle'a.
- Wiesz - opowiada mi M. - miałem dziś miłą przygodę... Przychodzę do domu zmarznięty na kość i szybko wskakuję do wanny, bo tylko ciepła woda mnie rozgrzewa... I siedzę sobie, zaczynam tajać, gdy nagle drzwi się otwierają, wjeżdża taboret, a na taborecie pojawia się kubek z gorącą herbatą! W dodatku z moim ukochanym sokiem z czarnego bzu! Ależ mi się miło zrobiło!
Wybraliśmy się na sushi. Opcja kaiten jest świetna, aczkolwiek ma jeden mankament - nie miałam pojęcia co jem! Oczywiście rozpoznawałam ryż, ośmiornicę, krewetkę, ale jak było coś pociachane w kawałeczki i ukryte w ryżu to nie bardzo... Taka żółta pianka też nie mam pojęcia jak się nazywa.
Ale było pysznie! To było moje pierwsze sushi w życiu i chyba będę częstszą bywalczynią (6,50 za talerzyk to nie tak znowu drogo). Wypiłam też sławetne japońskie piwo, które okazało się być warzone w Czechach. Szkoda tylko, że nie mieli sławetnych lodów z zielonej herbaty...
Przez całe swoje życie słyszałam tę sławetną frazę. "Strata czasu!"
Pojmowana owa strata była różnie. Dla mojej matki stratą czasu była każda minuta, ba! sekunda, gdy człowiek pragnął się oddać rozmyślaniom (o życiu godziwym też). Rozmyślania rozmyślaniami, na zewnątrz ich nie widać, nic się nie robi w związku z tym i traci czas. Nauczyłam się siedzieć z książką w łapce i "przyłapana" na gorącym uczynku nicnierobienia udawałam, że czytam.
Oczywiście czytałam również naprawdę, dlatego nie wzbudzał podejrzeń fakt, że zastanawiałam się nad przeczytaną właśnie sytuacją. Tak czy siak, odruch łapania za książkę (czy też myszkę komputerową) gdy ktoś na mnie spojrzał został mi na długo i dopiero teraz powoli się go oduczam. Co dziwne, leżenie plackiem na plaży zdecydowanie stratą czasu według mojej matki nie było. Według mnie owszem.
Stratą czasu moi dalsi znajomi określają moje hobby. No bo kto to widział, żeby bawić się w jakieś erpegi, w jakieś planszówki, toż to dla dzieci, zajęłabym się czymś bardziej pożytecznym. Na przykład zbieraniem sreberek z czekolad na wykupienie biednych Murzyniątek. Tylko że świstak już nie zawija czekolad w sreberka :-).
Dla M. stratą czasu są moje gierki na fejsiku. O to poszła ostatnio ostra awantura, gdzie wykazałam mu że siedzenie przez tydzień nad jakąś grą tylko po to, by nadać batalionom, dywizjom i innym pułkom nazw historycznie zgodnych jest również MOIM ZDANIEM stratą czasu, skoro ów pułĸ czy batalion w pięć minut po rozpoczęciu gry przestaje istnieć zmieciony miotłą wojny.
Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym marnotrastwem czasu. Wniosek przyszedł szybko i był bardzo prosty i logiczny. Jeżeli robisz to, co lubisz i na co masz ochotę, to nie marnotrawisz czasu. To twój czas. Co zrobisz z sześćdziesięcioma minutami w każdej z dwudziestu czterech godzin w ciągu doby jest wyłącznie twoją decyzją. Jeśli masz ochotę przeleżeć je do góry brzuchem - to będzie to spełnienie zachcianki. Dzięki temu będziesz bardziej zadowolony/a. Jak masz ochotę pospacerować albo rzucić się w wir porządków - twoja wola. Ale nie naginaj do niej innych. Możesz co najwyżej zaproponować.
Ludzie panikują gdy myślą o umykającym czasie. Jakby ktoś im szatańsko wyliczył ile minut zajmuje im dana czynność i jak przedstawiciel piekielnego banku proponował "zaoszczędzenie" czasu. Normalnie jak w "Momo".
Ja tylko daję znak, że żyję. Chociaż ostatnio nieco oklaple żyję, bo wszędzie tylko słyszę słowa, które pozytywne nie są. Podwyżki, podatki, refundacje, ograniczenia, ACTA, polityk. Częściej boli mnie głowa, miotam się jak ryba w sieci, a zrobić nie mogę nic. Nawet pracować w pracy, bo leniwy informatyk wgrywa bazę. Od tygodnia. Jak można wgrywać jedną bazę przez tydzień (i nie skończyć)? W ramach rozrywki ułożyłam książki na 11 regałach przysypując się ceglanym pyłem, który osiadł na każdej książce podczas remontu. Mimo folii, którą założyliśmy mimo protestów intendentki, że za drogo i się nie opłaca. Założyliśmy i się intendentka obraziła i zabroniła sprzątaczkom sprzątać w naszych pomieszczeniach te stosy gruzu. Wszelkie kontakty odbywają się więc drogą służbową przez dyrekcję. Martwi mnie, że jak wejdzie ACTA, to będę musiała kupić sobie telewizor i tęczowy pakiet cyfrówki, żeby móc obejrzeć ulubione seriale. Pomijając te seriale, reality-show i filmy, których nie obejrzę, bo nikt ich już nie puszcza, albo jeszcze nie puszcza. Na spotkania Klubu z Kawą nad Książką, który założyłam z ramienia Fundacji Miasto Słów przychodzi niewiele osób. Buty znowu sprzysięgly się przeciwko mnie i najpierw farbowały mi stopy na czarno, a potem postanowiły się rozkleić. I obcasik się wykrzywił. Tigeryk wylądował podczas ferii w szpitalu, gdyż babcia z rozpędu podała mu lek nasercowy zamiast rutinoscorbinu. Zastanawiam się, czy moje lekarstwa nadal są refundowane... Słucham Griega póki mogę, gdyż tej płyty nie mam (nie ma to jak słuchać "Poranka" po północy :-)). Walczę z laptopem, który mnie nie lubi, gdyż zjada mi znaki diakrytyczne i pierwszy rozdział mojej powieści. Ten ostatni nieodwołalnie i trochę się wkurzyłam. M. ogląda Dziennik Telewizyjny z lat osiemdziesiątych i mimowolnie przeżywam wszystko od nowa. Ewentualnie podwójnie, gdyż właśnie usłyszałam o podwyżce leków. Wiadomości są głównie pesymistyczne, zwłaszcza te z USA - tu aresztują, tam pobili na śmierć, tam pożar, a gdzie indziej kradzież z morderstwem. Wszystko, by przekonać ludzi jak strasznie i źle żyje się w USA, co nie dawało żadnych rezultatów, ludzie pchali się na zachód i tak. Moja kierowniczka przeklina Zarząd Dróg i Autostrad, że nie buduje przedszkoli. Trochę bez sensu, nie? Za to nie burzy się, że w mieście zamiast przedszkola budują drugiego Starbucksa, tym razem o powierzchni przekraczającej 200 m. Kwadratowych. Albo oszalałam, albo mam sen rodem z Krainy Czarów. Niech mnie ktoś obudzi!