Kategorie: Wszystkie | codziennik | Humor | Kultura | Literacko | Tigeryk
RSS
środa, 20 kwietnia 2016
Bohater literacki

Zostałam bohaterem literackim.

Przypadkiem oczywiście.

Któregoś dnia na facebooku Marcin Przybyłek ogłosił nabór do swojej najnowszej książki. Jak ktoś chce się pojawić na kartach powieści, to proszę bardzo - wpisywać się na stronę. Krótka charakterystyka postaci, żeby autor miał jako-takie wyobrażenie (a także, jak myślę, żeby nie było potem pretensji) i być może autor wybierze właśnie ciebie.

Wpisałam się, stwierdziłam, że właściwie to postać wymyśliłam kompletnie taką sobie, a trudno, przynajmniej nikt nie powie, że nie próbowałam.

I jakiś czas temu Przybyłek ogłosił zakończenie pisania i szokującą wiadomość, że zdołał umieścić wszystkich chętnych.

Wszystkich! Czyli mnie też! Normalnie nie mogłam uwierzyć! Okazuje się dodatkowo, że wcale nie muszę być postacią epizodyczną, gdyż prócz imienia i nazwiska posiadam własny pseudonim i miejsce zamieszkania. To może chociaż pół rozdziału, zanim postać zginie mniej lub bardziej spektakularnie?

Doczekać się nie mogę!

A tak nawiasem - to dobry chwyt marketingowy. W końcu każdy bohater będzie chciał mieć książkę, w której występuje, c'nie?

I - drugim nawiasem - dobry pomysł na pomysł. Autor czyta sobie opisy postaci, nie musi się wysilać, a bardzo prawdopodobne, że podczas czytania dużo pomysłów na przygody się pojawia. 

poniedziałek, 21 marca 2016
Zamęt

Niepokój, roztargnienie.

W głowie chaos. Pozorny, gdyż na czoło peletonu wysuwają się dwa tematy wokół których krążą myśli: wilkołak i zombie. Jeden i drugi niezwykle absorbujący. Budzę się i rozmyślam na techniką taktyk bojowych w Wilkołaku i jak je wykorzystać. Gdy zasypiam rozkminiam meandry dyplomacji i konspiracji, w jakie muszę się zapuścić. W międzyczasie bardziej przyziemne sprawy - zorganizować sesję tak, by wszystkim siedmiu osobom (pracującym i z wieloma innymi zainteresowaniami) pasowało. Dopilnować, by pogłaskać jednego i drugą, dopytać, zainteresować. Uczulić Mistrza Gry na kilka drobiazgów, przypomnieć fakty, uspokoić...

A potem umysł opanowują zombie. Układam w głowie plan hotelu i gdzie się umarlaki pojawią. Rozgryzam najnowszy odcinek TWD w kontekście społecznym i popełnionych idiotyzmów. Rozkładam na czynniki pierwsze informacje wyczytane w "Narodzinach Gubernatora" i dołączam je do wniosków wysnutych z innych przeczytanych pozycji o zombie.

W świetle powyższych zajęć umysłowych czytanie "Marzenia Celta" kompletnie mi nie idzie. Brak punktu zaczepienia z interesującymi mnie tematami powoduje, że najchętniej bym książkę odłożyła na kiedy indziej.

Ale mam termin. Książkę należy przeczytać na 3 kwietnia. Czeka też druga lektura, może i niedługa, ale naprawdę nie interesują mnie "Zwierzenia jeżozwierza" jakiegoś afrykańskiego autora.

Problem z asertywnością u mnie wprawdziw wygląda o niebo lepiej, ale na pewno nie gdy idzie o książki. Nie potrafię odmówić, gdy mi się podsuwa cokolwiek, gdyż zainteresowana jestem. Chociaż mogłabym przeczytać kiedy indziej, wrzucić do schowka na Biblionetce by nie zapomnieć i...

I odłożyć na bardzo nieokreślone kiedyś. Od czasu do czasu przetrzepuję schowek i znajduję książki, które leżą tam po kilka, a nawet kilkanaście lat.


sobota, 27 lutego 2016
Chwile ulotne
Czasami w radio usłyszę zespół Kombi, albo "Andzię" czy Wham! i coś drga we mnie, uśpione wspomnienie, które pod wpływem bodźca zewnętrznego próbuje się obudzić, ale jest zbyt głębokie i tylko wysyła słoneczny poblask.
Czuję to drgnienie i próbuję wyciągnąć to wspomnienie na wierzch. Odświeżyć, obmacać. Próbuję skojarzeniami - słońce, gitara, magnetofon? Nie, nie to, nie to, coś innego, blisko ale.
Dumam, dlaczego przy tych utworach, a nie przy innych, co je wyróżnia w mojej pamięci od innych przebojów z lat osiemdziesiątych?
Dzieciństwo.
Odpowiedź spłynęła nagle i wcale nieproszona. Nie trzeba było się wysilać i rozbijać na elementy, odwrotnie, trzeba było o sprawie pomyśleć całościowo.
Dzieciństwo.
Utwory nagrane na kasety magnetofonowe Stomil lub Superton od koleżanki, która przegrała je od kolegi, który...
Skąpane w słońcu wspomnienia, gdyż te najstarsze zawsze są słoneczne, w krainie dzieci deszcz nie pada, a jeśli nawet to jest doskonałą okazją do pobuszowania po zakamarkach domu by wdychać zapach kurzu i tajemnicy.
To drgają wspomnienia ulotne i nietrwałe, które nie zapisały się na żadnej stronie pamiętnika, gdyż wtedy najbardziej było istotne, że Kasia nie chciała mi pożyczyć zeszytu, a z Anią odprowadzałyśmy się wciąż i wciąż i chichotałyśmy jak głupie. I żadne ulotne wspomnienie, myśl subtelna i niuans nie zmąciły ostrej i nudnej relacji pamiętnikowej.
Nikt nie zwraca uwagi na słoneczne pocałunki...
poniedziałek, 22 lutego 2016
Babskie

M. bardzo często organizuje sobie spotkania. Najczęściej planszówki, ale też wypady na piwo z kumplami, bo dlaczego niby nie?

A ja, domownik zasiedziały, siedzę i albo się cieszę, że sobie idzie i mogę obejrzeć film, na który ja mam ochotę a o nie, albo marudzę, że wychodzi, a ja nie.

M. całkiem słusznie zauważa, że jeśli mam ochotę, zawsze mogę się ze znajomymi umówić. On się dostosuje.

To zrobiłam babskie. Takie sobie bez okazji - spotykamy się w gronie jednolitym płciowo i gadamy, pijemy i jemy. Et cetera.

Było przesympatycznie i słodko, bowiem J. przyniosła tort, a K. zadekowała się w kuchni i robiła gofry. Z bitą śmietaną.

Tematycznie też się jakoś dobrze zebrałyśmy, gdyż cztery z pięciu dziewczyn gra w RPG, a piąta zaczyna.

O czym rozmawiają dziewczyny na babskim? O systemach RPG, w tym przypadku głównie o Wilkołaku. I o facetach.

A potem faceci delikatnie się przysuwają do swoich kwiatuszków i delikatnie sondują, o czym rozmawiałyśmy na jego, jego konkretnie temat? 

Gorzej, że zazwyczaj nie pamiętam o czym ja mówiłam, pamiętam o czym mówią inne. Ale improwizuję, że och kochanie, same superlatywy, względnie prawdę, co często się jedno z drugim pokrywa, ale czasem nie.

Nie pamiętam, ponieważ A. sprytnie dolewa mi wina i jakoś zawsze mam pełny kieliszek. Też.

czwartek, 18 lutego 2016
Marazm
Wracam do domu i chcę, by już był wieczór. A nawet noc żeby była, pora ścielenia łóżka i nastawiania budzika na następny dzień. Żeby dzień się już skończył, po prostu skończył. Nie dlatego, że mam jakieś rzeczy do zrobienia i sama myśl o nich mogłaby wywoływać zmęczenie - nawet na przyjemności nie mam ochoty. Na żadne gry, kolorowanki, książki, filmy.
Zakopać się w łóżku i wstać kiedy ten stan minie. Przespać życie, bo sny są ciekawe i nie wymagają żadnego wysiłku z mojej strony.
niedziela, 31 stycznia 2016
Miłośnik fauny wszelakiej
M. ogląda na joemonsterze pająki skakunowate.
- Pająk, który nazywa się rozciągnik mchuś nie może być wrednym pająkiem... A strojniś nadobny? No tylko popatrz, jakie ma słodkie oczka i zawadiacką czuprynkę!


Tagi: pająki
11:54, epilia
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2016
Geografia USA

M. sprawdza program telewizyjny.

- Jest "Policja dla zwierząt", chcesz obejrzeć?

Byłam nieco zajęta, poza tym program leciał już 16 minut, więc pokręciłam głową, że nie.

- W Phoenix - kusi M. (gdyż wybredna jestem i nie wszystkie miasta w "Policji" lubię)

- Arizona - odpowiadam odruchowo.

M. poczuł zew wyzwania.

- Boston!

- Massachusett.

- Tampa!

- Floryda.

- Kansas!

- Kansas i Missouri. Jak chciałeś mnie podejść, nie trzeba było godzinami opowiadać o policjancie, który szukał pieska w Kansas i znalazł go w Missouri.

-Ech... faktycznie.

wtorek, 12 stycznia 2016
Słoiczek szczęścia

Na facebooku z okazji wszelakich noworocznych postanowień pojawiło się wydarzenie pod nazwą "Słoiczek szczęścia".

Zasada jest prosta - codziennie wieczorem wrzucamy do specjalnie do tego celu przygotowanego słoiczka karteczkę, na której zapisujemy jedną szczęśliwą rzecz jaka tego dnia nam się przytrafiła.

To bardzo dobry pomysł, niezależnie od noworocznych postanowień. Zmusza nas niejako do skupieniu się na pozytywnych momentach w życiu, wyłuskania ich na siłę, nawet, a zwłaszcza wtedy gdy wydaje nam się, że nic dobrego nam się nie przytrafia.

Na stronie wydarzenia prześcigają się w ozdabianiu słoiczków i coraz bardziej wymyślnych origami.

Nie mam słoiczka. Mam pudełeczko, może niezbyt piękne, może nie składam karteczek w śliczne gwiazdki, każdego miesiąca w innym kolorze, ale nie sądzę, by moje szczęśliwe chwile były przez to gorsze.

czwartek, 07 stycznia 2016
Noworoczne postanowienia

Takie małe noworoczne postanowienie: odkurzyć bloga i częściej do niego zaglądać.

Dlaczego?

Pisanie wspomaga i wzmacnia kreatywność. A ja postanowiłam walczyć z gnuśnością umysłu. Pamiętam jak wiele przychodziło mi pomysłów do głowy, gdy pisałam pamiętnik i później, gdy założyłam jeden, drugi i kilka następnych efemerycznych blogów. Jak zmieniało się moje spojrzenie na świat, jak rzeczy do opisania było więcej i więcej...

Dziś zrobiłam pierwszy mały krok ku samodoskonaleniu :-). 

środa, 01 lipca 2015
Prokrastynacja
Jakiś czas temu koleżanka z depresją poinformowała mnie, że ma prokrastynację.
Nie bardzo wiedziałam co to, zaczęłam sobie czytać i... zadumałam się.
Więc To ma nazwę! TO ma jakieś wyjaśnienie!
To COŚ, co mnie prześladowało całe życie, a mylone było z lenistwem.
Ta chęć ucieczki, wycofywania się w ostatniej chwili, nie, nie teraz, to głupie, później, nie mam czasu, jutro.
To ma nazwę!
Poczułam się... dziwnie. Jakby ktoś mi zdjął niewidzialny ciężar. Ulgę poczułam gdy zarejestrowałam fakt, że mam prokrastynację.
Bo skoro to zostało nazwane i opisane, to znaczy, że istnieje bardziej realnie i mogę się z tym zmierzyć! Coś jak zakończyć walkę z pyłem a zacząć z kamieniem.
Przyznaję, że walka nie całkiem wychodzi...
Wciąż mnie nurtuje podstawowe zagadnienie - dlaczego?
Skąd?
Najgorsze jest, że znam odpowiedź. Najgorsze jest, że tak mnie przystosował do życia rodzinny dom. Cały. Bez wyjątków.
Matka, niczym Perfekcyjna Pani Domu z marsem na czole podchodziła do mebla i pokazywała zapomnianą smugę kurzu. Albo, co gorsza, ostentacyjnie wyciągała dopiero co schowany odkurzacz i "poprawiała" pracę swojego dziecka.
Krytyka wszystkiego co robiłam. Dosłownie wszystkiego. Czy to było zbieranie przepisów kulinarnych ("Haha, głupia jesteś? Po co ci te przepisy? Przecież ty nie umiesz gotować! Nie u-miesz!!!"), czy kwiatki włożone do wazonu ("I po co chwasty do domu znosisz? Na ogródku ładniejsze!"), czy ubioru ("Jak ty wyglądasz?! Jak menel! Gorzej, nawet menel by tak się nie ubrał, bezguście totalne jesteś!").
Dlaczego?
Nabawiłam się nerwicy przez wieczne "naloty" na mój pokój, by sprawdzić, czy na pewno trzymam w ręku podręcznik, nie powieść.

I to dlatego wiecznie odwlekam wszystko.
Nie chcę, żeby było jak kiedyś, gdyż dla mnie to "kiedyś" trwa nadal. Nadal w umyśle, gdzieś w głębi słyszę cichutkie "Na co ci to? Po co? Nie umiesz!"
Miałam tysiące pomysłów, przypuszczam że setki były dobre, ale co z tego, skoro gdy tylko próbowały wejść w rzeczywistość, natychmiast się wycofywałam, przekonywałam innych i siebie, że nie warto, że to zły pomysł, że się nie uda.
Byłam bardzo przekonywująca.
Od kiedy jestem na swoim ta prokrastynacja stała się bardziej dla mnie widoczna. Bardziej uciążliwa.
Bo doprawdy, jak można codziennie wściekać się na skarpetkę, która leży obok kosza na pranie, a nie w koszu? I czekam aż KTOŚ ją uprzątnie i naprawdę może minąć kilka dni zanim myśl przepcha się przez kokon wygody spowijający umysł i ujawni mi, że tym KIMŚ jestem ja. Szok, niedowierzanie, patrzę na skarpetkę z wyrzutem, czemu nie powiedziałaś?
Ile razy kupowałam np. bakłażana, bo chciałam go sobie na obiad zrobić. Kupowałam, chowałam do lodówki i cieszyłam się, że mam. Otwierałam lodówkę z różnych okazji, a on tam był - śliczny, błyszczący, mój, gotowy do przyrządzenia. Świetnie. Super. Zrobię. Ale nie dziś. Jutro. Może.
W końcu bakłażan przestawał być błyszczący, jędrny i śliczny i nadawał się wyłącznie do śmieci.
Masło orzechowe ma podobnie. Kupuję, stawiam na półkę i cieszę się, że mam. Zjem, z chlebem i dżemem. Nie dziś. Jutro. Albo w niedzielę, do kakao. Kiedy w końcu sięgam po słoik okazuje się, że go tam nie ma, gdyż ani mąż, ani syn nie czekali na jutro, na niedzielę i na kakao.
Tylko z czekoladą nie mam takich problemów. Fakt.
Co dziwne, nie mam objawów w pracy. W szkole, na studiach owszem - zawsze odkładałam naukę na ostatnią chwilę. W pracy pracuję do wyprucia żył.
Ponieważ się boję.
Boję się, że pod koniec roku nie okażę się pierwsza. Nie będę najlepsza i stracę przywileje (które nie istnieją, sama je sobie wymyśliłam). Pracuję pilnie, żeby nikt się nie przyczepił, nie skrytykował. Boję się, że w każdej chwili ktoś może stanąć nade mną z okrzykiem "Coś ty zrobiła? Zgłupiałaś?!". Więc muszę być najlepsza, najwydajniejsza, bezdyskusyjna.
Też objaw prokrastynacji?
Może dlatego czas mi przecieka przez palce? Może człowiekowi, które odkłada wszystko na nieokreślone "kiedyś" czas zaczyna płynąć inaczej?
Ostatnio czytałam książkę... Notatki korygują - "ostatnio" znaczy dwa lata temu. Ten film leciał jakoś tak niedawno... Faktycznie, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Do świąt jest jeszcze dużo czasu, zdążę wysłać pocztówki. Jak to jutro?
Jak sobie wyobrażę, ile straconych okazji, pomysłów, tylko dlatego, że wolałam być bierna, że zdecydowałam się wycofać, to mnie ściska.
Dla mnie, pogrążonej w nieokreślności, zrobienie jeden zaplanowanej rzeczy to powód do dumy. Fałszywej, znowu jakieś dziwne sztuczki umysłu przekonują mnie, że wytarcie 3/4 plamy to dowód męstwa, odwagi, pokonanie przeciwności i mam być dumna i nie przejmować się pozostałą ćwiartką. Przecież COŚ zrobiłam, nie? Jest lepiej niż było, jest? No to co się czepiam.

Próbuję żyć bez wymówek. Nie odkładać.
Nie jest łatwo. Rzekłabym, że jest cholernie trudno. Tę notkę miałam napisać miesiąc temu. Nawet zaczęłam, ale zjadło mi niespodziewanie tekst z środka i się zdenerwowałam.
Umysł przywykł do wygodnego obchodzenia obowiązków. Coraz rzadziej są wymówki, coraz częściej po prostu bierność, próby niepamiętania, że coś się miało zrobić.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Darmowy licznik odwiedzin